Tkactwo na Kurpiach we wsi Tartak

Tkactwo na Kurpiach we wsi Tartak

Tradycja zakorzeniona w codzienności

autorka: Agata Warzecha

Kurpie tkactwem stały. Podobnie jak cała polska wieś. Długo przed wojną, po niej, aż do lat 80. XX wieku. Było tak, jak śpiewał Kabaret Starszych Panów w piosence: „Tatka tka i matka tka, a praczka czka i czkając tka”. Dzieci również tkały.

Kiedy? Jesienią i zimą, gdy ustawały prace polowe, a obowiązków przy wyrębie drzew i bartnictwie było mniej. Wtedy siadano do krosien. Tkano również do marca lub kwietnia. Były to długie godziny spędzone w jednej pozycji, poprzedzające wiosenny sezon ciężkich prac w polu i gospodarstwie.

Samo tkanie to tylko wierzchołek góry lodowej. Najpierw trzeba było przygotować przędzę. Z czego? Z wełny, bawełny, lnu i konopi. Jak? Wełnę prano i gręplowano. Len oraz konopie zbierano, trzepano, międlono i czesano. Dopiero później przędzono na wrzecionie lub kołowrotku.

Tkactwo w praktyce

Znaczną część izby zajmowało — przekazywane z pokolenia na pokolenie — drewniane krosno, tzw. warsztat tkacki. Zazwyczaj dwupedałowe, służące do wykonywania podstawowego splotu płóciennego. Rzadziej czteronicielnicowe, umożliwiające tworzenie bardziej skomplikowanych wzorów.

Na pierwszy rzut oka konstrukcja krosna wydaje się skomplikowana. Jednak zasada jego działania jest prosta. Odpowiednio napięta osnowa przeplatana jest nicią wątku za pomocą czółenka. Każde naciśnięcie pedałów zmienia układ nici osnowy, umożliwiając tworzenie kolejnych splotów i wzorów.

Praca ta wymaga ogromnej cierpliwości oraz precyzji. Samo przygotowanie osnowy zajmuje wiele godzin. Stworzenie większej tkaniny to często kilka lub kilkanaście dni regularnego dobijania wątku. Jakość, równomierność splotu i estetyka wzoru zależała od precyzji, talentu i wyobraźni tkaczki.

Co tkano?

Do wyrobów tkackich na Kurpiach należały głównie pasiaki i chodniki wykonywane między innymi ze ścinków materiałów oraz buronki, czyli tradycyjne wełniane narzuty.

Charakterystyczne dla Kurpiowszczyzny były tkaniny o rytmicznych, najczęściej wąskich pasach w odcieniach czerwieni i zieleni, uzupełnianych czernią, granatem lub żółcią.

Popularnością cieszyły się również buronki o wzorach kraciastych, najczęściej czerwono-zielonych, czerwono-czarnych lub czerwono-żółtych.

Obok nich tkano chodniki, dywany, ręczniki, worki konopne, kapy, makatki, płachty, słomianki, płótna przeznaczone na odzież i pościel oraz inne elementy wyposażenia domu.

Można je podziwiać m.in. w muzealnych zbiorach w Wachu.

Tkactwo we wsi Tartak

W Tartaku, wsi położonej w sercu Kurpi Zielonych, w gminie Łyse, tradycje tkackie również były żywe. Mieszkańcy wspominają, że „tkano na krosnach jeszcze w latach 80.”

Do dziś krosna przetrwały na strychach i poddaszach oraz we wspomnieniach kolejnych pokoleń mieszkańców, których odwiedziliśmy podczas obozu etnograficznego, zorganizowanego przez Łucję Samorajczyk.

Wielu rozmówców przywoływało w pamięci obrazy swoich mam i babć wytrwale tkających na dużych drewnianych krosnach. Widzieli czasem także przędzenie na kołowrotku.

Niektórzy do dziś posiadają odziedziczone po przodkach stroje kurpiowskie: gorsety, spódnice i fartuchy. Ręcznie tkane, przetrwały wiele lat w bardzo dobrym stanie.

„One były ciężkie, te pierwsze stroje… to była taka tkana spódnica…”

„To jest wełniane wszystko. Z wełny.”

Wspomnienia mieszkańców pokazują również różnicę między dawnym strojem kurpiowskim a jego współczesnymi wersjami. Kiedyś wykorzystywano przede wszystkim owczą wełnę, a tkane spódnice były ciężkie. Dziś stroje bywają wykonywane z innych, lżejszych materiałów.

Nie oznacza to jednak, że strój kurpiowski zniknął z życia mieszkańców. Nadal zakładany jest podczas procesji, konkursów i uroczystości parafialnych. Noszą go również członkinie Kół Gospodyń Wiejskich.

Tkactwo było nie tylko pracą wykonywaną samotnie przy domowych krosnach. Miało także wymiar sąsiedzki i towarzyski. Kobiety odwiedzały się wieczorami, wspólnie pracowały i rozmawiały.

Jak powiedziała nam jedna z mieszkanek Tartaku:

„przyleciała jedna do drugiej, posiedziała, poplokowała.”

Tkanie na handel

„Każdy robił to, co mógł, żeby dorobić sobie.”

„Zmuszenie ekonomiczne było, bo tu nie było pracy.”

Podczas wywiadów z mieszkańcami Tartaku dowiedzieliśmy się, że w miejscowych rodzinach tkano słomiane maty, chodniczki i pasiaki, a następnie jeżdżono z nimi na handel do Warszawy.

Rękodzieło nie było więc jedynie sposobem na wyposażenie własnego domu. Stanowiło również ważne, a niekiedy wręcz niezbędne źródło dodatkowego dochodu.

Jedna z opowieści szczególnie dobrze pokazuje znaczenie zaradności i handlu w życiu mieszkańców:

„Był pożar, ale babcia Teofila całą zimę zarobiła na nowy murowany dom. Handlowała, bo była zaradna. Handel w Warszawie, w Płońsku. Nielegalnie za PRL-u. Ludzie mieli pieniądze, ale nie mieli towarów. Babcia obwoźnie sprzedawała.”

Umiejętności tkackie przekazywano w rodzinach.

„Mama jak przyszła, to się nauczyła. Tak to babcia z dziadkiem, oni wyjeżdżali właśnie na handel do Warszawy…”

Dowiedzieliśmy się także, że wyroby wykonywane przez kobiety z Tartaku były skupowane przez pośredników, a następnie sprzedawane na południu Polski — na Śląsku, w Krakowie i Rzeszowie, a według relacji mieszkańców, nawet za granicą.

„Jeździli po domach, zbierali, wszystko za granicę. W Ameryce na pewno (…) tam właśnie jeździli i sprzedawali.”

Narzuty i chodniki

Jedna z kobiet przyznała, że sama również tkała na krosnach o szerokości 80 centymetrów. Aby stworzyć narzutę na wersalkę, zszywała ze sobą dwie tkaniny.

W niemal każdym domu powstawały również chodniki.

„Krosna jeszcze mieliśmy takie, w każdym domu. I się robiło chodniki, takie z resztek tkanin…”

Chodnik tworzony na trawie, w trakcie wykonywania — zdjęcie z badań terenowych w Tartaku
Zbliżenie na fakturę tkanego chodnika — zdjęcie z badań terenowych w Tartaku

Do ich wykonywania wykorzystywano między innymi odpady, zwane obrębami, przywożone z zakładów. Tu kilka osób wspominało dostawy z Turka.

„A z czego osnowa? – Z bawełny.”

Materiały rozdzielano między osoby zainteresowane pracą.

„Przywozili (…) z transporta później się to tak było. (…) Się rozdzielało, kto tam chciał.”

Osobiście, jako wolontariuszka obozu etnograficznego, robiąca wywiady w Tartaku, usłyszałam od jednego z Panów o tym, że gdy przyjeżdżał transport z obrębami, to ludzie wręcz się na niego rzucali, aby zdobyć jak najwięcej materiału do tkackiej pracy.

Od lnu do płótna

Na Kurpiach grube, zgrzebne płótno lniane, ręcznie tkane na domowym warsztacie, nazywano partem lub parcią. Od tego określenia pochodzą między innymi nazwy „portki parciane” i „parcianka”.

Mieszkańcy Tartaku pamiętają cały proces przetwarzania lnu. Uprawiano go, zbierano i suszono, a następnie poddawano kolejnym etapom obróbki. Dopiero z przygotowanego włókna powstawała przędza, a z niej — płótno.

Narzędzie do międlenia lnu, kolczaste urządzenie na drewnianej ramie — zdjęcie z badań terenowych w Tartaku

W Tartaku wykonywano z niego między innymi półmetrówki i chodniki. Część kobiet tkała również lniane wyroby dla Cepelii.

„Do Cepelii to takie serwetki lniane. Cepelia dawała ten sznurek…”

Powstawały między innymi niewielkie obrusy i serwetki.

„Takie szare robiłam obrusiki, tam 60 na 60, serwetki (…) kratki takie proste.”

Słomianki

Jednym z najciekawszych wątków, które pojawiły się podczas badań terenowych w Tartaku, w kontekście tkactwa, jest produkcja słomianek.

slomianka-1-tartak
Zwinięta słomianka leżąca na trawie — zdjęcie z badań terenowych w Tartaku

Nie były one jedynie ozdobą. Wieszano je na ścianach, gdzie chroniły powierzchnię przed zabrudzeniem i zimnem. Stanowiły również tło dla fotografii, pocztówek, plakatów i innych domowych pamiątek.

„Żeby i po ścian nie brudziła i cieplej było.”

„Pocztówki, zdjęcia sobie tam młodzi przyczepiali.”

Ze słomianych mat wykonywano także prowizoryczne zasłony.

„Ja na przykład słomiane tam przecinam… kiedyś tu miałam takie małe okienka, to takie zasłony sobie z tego…”

Przygotowanie słomianki wymagało jednak znacznie więcej pracy niż wykonanie zwykłego chodnika.

„Słomianki to cięższa praca niż robienie dywanika? No dużo, dużo cięższa. Bo trzeba słomę obrać, wysuszyć, musi być sucha, prosta.”

slomianka-2-kobieta-tartak
Kobieta prezentująca gotową, dużą słomiankę przy domu — zdjęcie z badań terenowych w Tartaku

Słomę zbierano po żniwach. Odcinano kłosy, a następnie przeciągano źdźbła przez specjalne grabki, aby je wyczesać i przygotować do dalszej pracy.

W materiałach terenowych pojawia się również opis mat wykonywanych z cienkich pasków drewna, nazywanych „laskami”. Pnie obrabiano za pomocą specjalnego urządzenia, zdejmując z nich cienkie płaty — jak przy obieraniu jabłka. Następnie materiał suszono i cięto na wąskie paski wykorzystywane do wykonywania mat.

Relacje mieszkańców wskazują więc na to, że w Tartaku funkcjonowały co najmniej dwie technologie: wykonywanie słomianek ze słomy oraz mat wykorzystujących cienkie elementy drewniane.

Wprawna osoba mogła wykonać nawet 10–12 mat dziennie. Według wspomnień wykonanie jednej zajmowało około pół godziny. Zmieniały się również ceny wyrobów — w relacjach mieszkańców pojawiają się kwoty od około 2,50 zł do 12 zł za sztukę.

Wzory wypalane ogniem

Szczególnie interesującą techniką było zdobienie słomianek wypalanymi wzorami.

„Były wypalane.”

„Takie wzorki właśnie specjalne i się przykładało.”

Do wykonywania ornamentów służyły metalowe stemple. Według relacji mieszkańców wykonywano je na zamówienie, między innymi z aluminiowych sztabek.

Cztery kamienne/aluminiowe stemple do wypalania wzorów, ułożone na drewnianej ławce — zdjęcie z badań terenowych w Tartaku

Stemple rozgrzewano, a następnie przykładano do powierzchni, pozostawiając na niej dekoracyjny motyw. Praca wymagała dużej wprawy. Trzeba było uważać, aby podczas wypalania wzoru nie uszkodzić słomy ani nie przepalić nici.

Wykonywano różnorodne motywy dekoracyjne, między innymi przedstawienia ptaków oraz roślin. Słomiane makatki mogły mieć około dwóch metrów długości.

Stempel z motywem kwiatowo-roślinnym
Stempel z motywem geometrycznym i ptakiem

Ta technika jest jednym z najciekawszych śladów lokalnego rękodzieła, na jakie natrafiliśmy podczas badań terenowych. Łączyła umiejętność tkania z wykorzystaniem słomy, drewna i techniki wypalania ornamentów.

Konopie

Innym ważnym surowcem były konopie. Wykonywano z nich między innymi sznury i worki. Według wspomnień mieszkańców uprawiano je w Tartaku jeszcze do lat 80. XX wieku.

„Konopie, tak. (…) w domu rodzinnym mojej. (…) kilka lat żeśmy siali.”

Po zbiorze konopie należało odpowiednio przygotować.

„Wysuszone, oklepane. (…) Już było to takie same, te włókna. (…) Przed przędzeniem.”

Nie każda osoba zajmująca się tkaniem wykonywała jednak wszystkie etapy pracy — od przygotowania rośliny aż po gotową tkaninę.

„W ogóle nie przędziłam.”

Ta krótka wypowiedź pokazuje, że w praktyce umiejętności i obowiązki mogły być rozdzielone. Można było doskonale tkać, nie zajmując się jednocześnie przędzeniem.

Jak jest dziś?

Także współcześnie można kupić rękodzielnicze chodniki i dywany, między innymi na rynku w Myszyńcu.

Jednak świat, w którym krosna znajdowały się niemal w każdym domu, odszedł.

„Już teraz to nie… wszystko zanikło…”

„Rzadko kto umie, to sobie zrobi, a teraz pójdzie i kupi…”

„My krosna polikwidowaliśmy.”

Zmieniały się również materiały. W późniejszym okresie powstawały między innymi dywaniki wykonywane z tworzyw sztucznych.

„Takie dywaniki (…) z takich sznurków plastikowych.”

Ostatecznie tkactwo przegrało przede wszystkim z łatwą dostępnością gotowych, fabrycznych produktów.

„Teraz kto taki kupi chodnik, jak są ładne dywany.”

Krosna zniknęły z izb. Niektóre rozebrano, inne trafiły na strychy i poddasza. Pozostały pojedyncze wyroby, narzędzia i wspomnienia.

Wśród mieszkańców zachowała się pamięć o osobach szczególnie związanych z tkactwem. Jedną z najbardziej doświadczonych miejscowych tkaczek była około dziewięćdziesięcioletnia Marianna Popielarz. Rozmówcy wskazywali ją jako osobę, która tkała bardzo dużo i być może nadal posiada wykonane przez siebie wyroby.

marianna-popielarz-tartak
Marianna Popielarz stojąca przed swoim domem w Tartaku — zdjęcie z badań terenowych

Tradycja zakorzeniona w codzienności

Historia tkactwa w Tartaku pokazuje, że tradycja trwa najdłużej wtedy, gdy jest potrzebna. Nie wymaga wówczas instytucji, programów ochrony ani świadomego pielęgnowania dziedzictwa. Umiejętności przekazuje się kolejnym pokoleniom, ponieważ pozwalają ubrać rodzinę, wyposażyć dom, wykorzystać dostępne surowce, a wreszcie – zarobić.

Tkactwo zaczęło zanikać nie dlatego, że mieszkańcy przestali cenić pracę swoich matek i babć. Zniknęły warunki, które czyniły ją potrzebną. Gotowe tkaniny i dywany stały się łatwo dostępne, zmieniły się sposoby zarobkowania i organizacja codziennego życia. Krosna, które przez dziesięciolecia zajmowały znaczną część izby, przestały być użytecznym narzędziem.

Badania terenowe w Tartaku pozwalają uchwycić moment szczególny. Samo rzemiosło w dużej mierze już zanikło, ale pamięć o nim pozostaje żywa. Mieszkańcy pamiętają nie tylko, że tkano, lecz także jak przygotowywano materiał, kto zajmował się pracą, gdzie sprzedawano gotowe wyroby i ile można było na nich zarobić. W domach zachowały się również krosna, kołowrotki, stroje i tkaniny.

To właśnie te relacje pozwalają spojrzeć na tkactwo nie jak na zamknięty rozdział historii kurpiowskiej kultury, lecz jak na część przemian, które dokonały się na wsi w ciągu zaledwie kilku pokoleń. W Tartaku droga od krosien stojących niemal w każdym domu do ich całkowitego zaniku okazała się wyjątkowo krótka.

Pozostały przedmioty i wspomnienia ludzi, którzy pamiętają jeszcze, do czego służyły.

Dlatego dziś najważniejsze staje się nie odtwarzanie wyidealizowanego obrazu dawnej wsi, lecz dokumentowanie tego, co można jeszcze zobaczyć, usłyszeć i zapisać. Zanim ostatnie krosna znikną ze strychów, a wiedza o pracy przy nich odejdzie wraz z ludźmi, dla których nie była ona „tradycją ludową”, ale po prostu częścią życia.